Witajcie w moim argentyńskim świecie

O moim blogu

Kochani! Stworzyłam tę stronę, aby być bliżej Was oraz pokazywać wyjątkowy klimat mojego nowego miejsca na ziemi. Znajdziecie tu moje codzienne relacje, relacje z wyjątkowych wydarzeń oraz relacje z miejsc, które odwiedzam.

3 września

O 14. 30 zaczyna się wielka Fiesta, najpierw pochód wszystkich nacji, które stworzyły Obera. Pochód w strojach ludowych. Potem prezentacje tradycyjnych tańców, no i oczywiście jedzenie, świętowanie. Gabriel pojechał na lotnisko do Posadas po ambasadora RP. Też mu będę prezentowana. Na szkoleniu ORPEG, szefowa protokółu dyplomatycznego uczyła nas, jak powinny być flagi, godła itp. rozmieszczone w przypadku oficjalnych wizyt państwowych. Widzę, że dokładnie odwrotnie je postawili, ale nie będę interweniować 😊bez przesady, na razie jestem tu gościem.

Dowiedz się więcej »

2 września

Początkowo praktycznie nic się nie działo. Słońce piękne, dużo cieplej. Ale chyba puszczają emocje i jakaś lekka choroba mnie łapie, ból gardła, głowy. Więc drzemka w mieszkaniu. Zakupiłam medicamentos i wracam spać. Potem jeszcze spotkanie online z grupą polonijną w Apostoles (to mała miejscowość, do której co 2 tygodnie będę jeździć, by nauczać polskiego). Zupełnie inna grupa niż „moja”. Zresztą o polonijnych awanturkach i relacjach między stowarzyszeniami jeszcze napiszę 😊 „Trans- Atlantyk” i Gombrowicz: Baron, Pyckal i Ciumkała nadal królują 😊Nie poszłam do Domu Polskiego, choć Gabriel miał tam gotować polską zupę, podał polską nazwę, ale nie jestem pewna, co to…. Chyba właśnie kwaśnica, bo brzmiało jak „wasenica” … napisałam, że czuję się trochę źle i muszę wydobrzeć przed jutrzejszym świętem. Zaraz pytania, czy czegoś potrzebuję, itp. 2 godziny później już byli tu właściciele mieszkania, bo słyszeli, że jestem chora…. Kochani, a mnie tylko głowa i gardło bolało. Potem kolejna przygoda. Raptem zgasło wszędzie światło, piszę do właścicielki, wysyłam fotkę liczników (korki w porządku). Ona odpisuje, żebym się nie martwiła, w tym kraju to normalne, że na godzinkę, 2 wyłączają prąd… Rzeczywiście po godzinie wrócił.

Dowiedz się więcej »

1 września

Pogoda nadal nie rozpieszcza. Chmurki i ok. 20 stopni (no ale dobra, to w końcu jest zima…). W Polsce dreptałabym na rozpoczęcie roku, a tutaj niespieszne wstawanie, kawka, lekcja hiszpańskiego. Wypad na zakupy (zanim zamkną)- suszarka do włosów i jakieś tam higieniczne artykuły no i produkty do sprzątania. To też temat na potem (bo na razie się zachwycamy), ale pojęcie czystości w Argentynie jest delikatnie mówiąc „inne”. To mieszkanko było „wysprzątane” na moje przybycie… ale pewne „poprawki” poczyniłam. Wyprawa na szoping to też sprawa czasochłonna, w każdym sklepiku trzeba pogadać, w supermarkecie w kolejce też się nie stoi jak kołek. Więc hiszpański naprawdę doszlifuję  (do certyfikatu 😉). Wieczorem wyprawa do Domu Polskiego, szykowanie dekoracji itp. Na fiestę. Nie ma to jak 1 września wywiesić polskie flagi niemieckim sąsiadom pod oknami 😊 Przyzwyczaić się też muszę do tego, że umawiamy się na jakąś godzinę, wszyscy się schodzą przez 2… zanim zacznie się robota- pogaduchy… dla mnie „zadaniowca” to na razie trudne…Potem zebranie Zarządu, też jestem proszona. Ustalają, co i jak, podział zadań na fiestę. Kiedy mówią bezpośrednio do mnie, wolno i wyraźnie, rozumiem, odpowiadam, kiedy między sobą , jeszcze niestety nic (no prawie nic). Zadanie dla profy: rozmawiać z ludźmi na fieście i zapraszać ich tutaj do Domu Polskiego. No i jeszcze tłumaczyłam nazwy potraw, sprawdzałam, czy dobrze zapisali (pierogi z mięsem, pierogi ruskie, bigos, kwaśnica itd.). No i ciągłe picie mate… wiecie, że tu nawet czajniki mają opcję gotowania wody na kawę i na mate- 2 przyciski… Próbowałam mate 2 razy (odmiana słodsza, nawet niezła), tylko… z tego jednego naczynia popija kilka osób… chyba jeszcze nie jestem gotowa dzielić z kimś metalową rurkę 😊 a nawet jak kupię własny sprzęt, trzeba będzie częstować innych. Więc na razie: mate nie piję.

Dowiedz się więcej »

31 sierpnia

No cóż byłam w raju, teraz potop… Od rana leje… Burza i ulewa mnie obudziły, potem już tylko było gorzej. Ale od razu piszą, dzwonią, żebym się nie bała (jakoś specjalnie się nie bałam, filmiki kręciłam). Przyjechały służby (a ze strażakami już niejedną przyjemność miałam, więc i tutaj było nieźle), członkowie wspólnoty no i walka z wodą się zaczęła. Tzn trwa do teraz, bo ma lać cały dzień…ja dostałam areał sanitariatów, z dachu ciekło. Po opanowaniu wody, dzielenie się refleksjami na ten temat, pokazywanie wiadomości, filmików, gdzie jakie zniszczenia i radość, że u nas w sumie niewielkie. W tym gadaniu są naprawdę boscy. Jak w końcu przestało lać, tylko „kropiło” , udałam się coś zjeść. No i to był błąd. Tu się nie wychodzi o 13. 30 jeść… wszystko pozamykane (jadłodajnie też), chodzę, chodzę o głodzie i chłodzie i wreszcie weszłam do jakiejś hotelowej restauracji, o dziwo jeszcze otwarta. Pojadłam (znowu asados i solidna copa de vino)  i w drogę powrotną. O samym mieście jeszcze popiszę później, na razie jesteśmy w fazie zachwytu 😊 Wieczorem Gabriel zabrał mnie na zakupy do marketu i przeprowadzka do mieszkanka (żebym miała trochę intymności i spokoju podczas fiesty, więc na te 2 tygodnie mieszkam gdzie indziej). Bardzo mi się to mieszkanko widzi 😊kolorystycznie moje krakowskie. Uroczy właściciele- on emerytowany wzięty adwokat, ona też jakaś szycha. A! zakupiłam też spray na pająki, bo swojego spider kilera nie mogłam samolotem przewieźć 😊 zatem wszystko wypsikałam w nowym mieszkanku. I po wywietrzeniu spokojnie poszłam spać

Dowiedz się więcej »

30 sierpnia

Po dłuuugim śnie, kawka na tarasie. Stare drzewa, ogromne monstery, śpiewające ptaki. Bajkaaa. Logistyka kąpieli. Najpierw idę ze swoją rózową packą na pająki, sprawdzam zakamarki łazienki, sufit itp. Potem leję długo wodę prysznicową, bo gdyby tam się czaił pająk- to się utopi, a jak wąż, to może już się uaktywni… Po tych przygotowaniach kąpiel, czujna! Najgorsze mycie głowy, bo trzeba zamknąć oczy, no i cos można przegapić. Straszny mają tu ubaw z mojej pająkowej fobii. Dla nich pająk to codzienny towarzysz życia. Jedna babka zobaczyła moją packę i mówi, ze wygodniej wynosić pająki w pudełeczku, bo z tego spadnie. Na to inna: Ona nie chce ich na tym wynosić, tylko zabijać, o tak: pac pac (demonstracja nastąpiła). Śmiech ogólny, zaskoczenie, zdziwienie- po co zabijać pająka??? Na razie nie spotkałam, mówią, że teraz to one śpią, potem będzie im za gorąco, prawdziwy wysyp zacznie się w kwietniu (jesień). I nie chodzi o małe pajączki, ale tarantule… W domu??? – pytam. Nie , nie, tylko na ulicach (kłamczuszki, czuję to). Ale dodają, że do kwietnia to już będę prawdziwą Argentynką i będę wynosić tarantule w pudełeczkach… Węży nie ma. Pociecha jakaś zawsze. 

Dowiedz się więcej »

Pierwsze kroki

29 sierpnia 2026 roku. Stawiam pierwsze kroki w Argentynie. Buenos Aires to niby miasto, które nigdy nie śpi, ale lotnisko spowija jeszcze dosyć senna atmosfera o 5.50 (w Polsce już 10.50). Pierwsze drobne nerwy przy kontroli paszportowej, ale przesympatyczny pan tylko spisał dane, pobrał odcisk palca, zapytał, gdzie będę mieszkać (spisał dokładny adres) i z uśmiechem życzył miłego pobytu w Argentynie. Potem większy nerwik, kiedy czekasz na swoje walizy i widzisz, że została już niemal tylko załoga samolotu i ty… a walizki nie jadą. No nie przerzucili w Amsterdamie! Albo gdzie indziej przerzucili! O czym już zdążyłam poinformować część znajomych 😉 w końcu jadą. Spacerek z walizkami, kontrola bagażu. Tu znowu myślenica, czy zupki instant (barszcz), o które prosili zapraszający to już towarek do zgłoszenia, czy jeszcze nie. Albo śliwki nałęczowskie i pierniki toruńskie i krówki…. Zanim się namyśliłam sympatyczna pani już podchodzi i walizeczki jadą. W plecaczku cała reklamówka lekarstw. Od razu mówię, że mam zaświadczenie. Nikt go nawet nie chce oglądać, tylko pytanie, jaka choroba. Odpowiadam, pytają, czy dobrze się czuję. Tak. No to „Benvenida Argentina!”. Potem taksóweczka na drugie lotnisko (50 minut podróży), cudowny emerytowany taksiarz włoskiego pochodzenia poopowiadał o Buenos, pokazał, gdzie są ciekawe miejsca (i restauracje, wyczuł mnie 😉) Piękny widok wschodzącego słońca w Buenos, wynurzało się z mgły, naprawdę cuuuudo. Na drugie lotnisko dotarłam już w pełnym słońcu, niebieskim niebie. Do tego latające papugi. Woow!! Choć czujnie obserwowałam, czy jakiś pająk albo wąż się nie czai 😉Strasznie dużo czasu spędziłam na tym lotnisku, bo trzykrotnie przesuwali lot do Posadas. Dzięki temu weszłam już w rytm argentyński, zero stresu, spokój, czekanie . Pogawędki (o dziwo hiszpański szybko „pyknął”), pierwsza empanada (mniam), kawka (a nawet 2), wymiana dolarów (części, choć kurs był dobry), no i akcja walizka (cd historii z Balic), dokupiłam w końcu drugą. Bez problemu, pani mnie pokierowała, gdzie trzeba. Zresztą ma polskie korzenie (ale po polsku oczywiście nie mówi). W końcu samolot do Posadas i ok. 17 czasu argentyńskiego (polskiego 22), czyli po 29 godzinach podróży spotkałam mojego nowego szefa Gabriela i Sergia, którzy przyjechali na lotnisko. Już tylko niecałe 2 godzinki samochodem i jestem w Obera 😊

Dowiedz się więcej »

3 września

O 14. 30 zaczyna się wielka Fiesta, najpierw pochód wszystkich nacji, które stworzyły Obera. Pochód w strojach ludowych. Potem prezentacje tradycyjnych tańców, no i oczywiście jedzenie, świętowanie. Gabriel pojechał na lotnisko do Posadas po ambasadora RP. Też mu będę prezentowana. Na szkoleniu ORPEG, szefowa protokółu dyplomatycznego uczyła nas, jak powinny być flagi, godła itp. rozmieszczone w przypadku oficjalnych wizyt państwowych. Widzę, że dokładnie odwrotnie je postawili, ale nie będę interweniować 😊bez przesady, na razie jestem tu gościem.

Dowiedz się więcej »

2 września

Początkowo praktycznie nic się nie działo. Słońce piękne, dużo cieplej. Ale chyba puszczają emocje i jakaś lekka choroba mnie łapie, ból gardła, głowy. Więc drzemka w mieszkaniu. Zakupiłam medicamentos i wracam spać. Potem jeszcze spotkanie online z grupą polonijną w Apostoles (to mała miejscowość, do której co 2 tygodnie będę jeździć, by nauczać polskiego). Zupełnie inna grupa niż „moja”. Zresztą o polonijnych awanturkach i relacjach między stowarzyszeniami jeszcze napiszę 😊 „Trans- Atlantyk” i Gombrowicz: Baron, Pyckal i Ciumkała nadal królują 😊Nie poszłam do Domu Polskiego, choć Gabriel miał tam gotować polską zupę, podał polską nazwę, ale nie jestem pewna, co to…. Chyba właśnie kwaśnica, bo brzmiało jak „wasenica” … napisałam, że czuję się trochę źle i muszę wydobrzeć przed jutrzejszym świętem. Zaraz pytania, czy czegoś potrzebuję, itp. 2 godziny później już byli tu właściciele mieszkania, bo słyszeli, że jestem chora…. Kochani, a mnie tylko głowa i gardło bolało. Potem kolejna przygoda. Raptem zgasło wszędzie światło, piszę do właścicielki, wysyłam fotkę liczników (korki w porządku). Ona odpisuje, żebym się nie martwiła, w tym kraju to normalne, że na godzinkę, 2 wyłączają prąd… Rzeczywiście po godzinie wrócił.

Dowiedz się więcej »

1 września

Pogoda nadal nie rozpieszcza. Chmurki i ok. 20 stopni (no ale dobra, to w końcu jest zima…). W Polsce dreptałabym na rozpoczęcie roku, a tutaj niespieszne wstawanie, kawka, lekcja hiszpańskiego. Wypad na zakupy (zanim zamkną)- suszarka do włosów i jakieś tam higieniczne artykuły no i produkty do sprzątania. To też temat na potem (bo na razie się zachwycamy), ale pojęcie czystości w Argentynie jest delikatnie mówiąc „inne”. To mieszkanko było „wysprzątane” na moje przybycie… ale pewne „poprawki” poczyniłam. Wyprawa na szoping to też sprawa czasochłonna, w każdym sklepiku trzeba pogadać, w supermarkecie w kolejce też się nie stoi jak kołek. Więc hiszpański naprawdę doszlifuję  (do certyfikatu 😉). Wieczorem wyprawa do Domu Polskiego, szykowanie dekoracji itp. Na fiestę. Nie ma to jak 1 września wywiesić polskie flagi niemieckim sąsiadom pod oknami 😊 Przyzwyczaić się też muszę do tego, że umawiamy się na jakąś godzinę, wszyscy się schodzą przez 2… zanim zacznie się robota- pogaduchy… dla mnie „zadaniowca” to na razie trudne…Potem zebranie Zarządu, też jestem proszona. Ustalają, co i jak, podział zadań na fiestę. Kiedy mówią bezpośrednio do mnie, wolno i wyraźnie, rozumiem, odpowiadam, kiedy między sobą , jeszcze niestety nic (no prawie nic). Zadanie dla profy: rozmawiać z ludźmi na fieście i zapraszać ich tutaj do Domu Polskiego. No i jeszcze tłumaczyłam nazwy potraw, sprawdzałam, czy dobrze zapisali (pierogi z mięsem, pierogi ruskie, bigos, kwaśnica itd.). No i ciągłe picie mate… wiecie, że tu nawet czajniki mają opcję gotowania wody na kawę i na mate- 2 przyciski… Próbowałam mate 2 razy (odmiana słodsza, nawet niezła), tylko… z tego jednego naczynia popija kilka osób… chyba jeszcze nie jestem gotowa dzielić z kimś metalową rurkę 😊 a nawet jak kupię własny sprzęt, trzeba będzie częstować innych. Więc na razie: mate nie piję.

Dowiedz się więcej »

31 sierpnia

No cóż byłam w raju, teraz potop… Od rana leje… Burza i ulewa mnie obudziły, potem już tylko było gorzej. Ale od razu piszą, dzwonią, żebym się nie bała (jakoś specjalnie się nie bałam, filmiki kręciłam). Przyjechały służby (a ze strażakami już niejedną przyjemność miałam, więc i tutaj było nieźle), członkowie wspólnoty no i walka z wodą się zaczęła. Tzn trwa do teraz, bo ma lać cały dzień…ja dostałam areał sanitariatów, z dachu ciekło. Po opanowaniu wody, dzielenie się refleksjami na ten temat, pokazywanie wiadomości, filmików, gdzie jakie zniszczenia i radość, że u nas w sumie niewielkie. W tym gadaniu są naprawdę boscy. Jak w końcu przestało lać, tylko „kropiło” , udałam się coś zjeść. No i to był błąd. Tu się nie wychodzi o 13. 30 jeść… wszystko pozamykane (jadłodajnie też), chodzę, chodzę o głodzie i chłodzie i wreszcie weszłam do jakiejś hotelowej restauracji, o dziwo jeszcze otwarta. Pojadłam (znowu asados i solidna copa de vino)  i w drogę powrotną. O samym mieście jeszcze popiszę później, na razie jesteśmy w fazie zachwytu 😊 Wieczorem Gabriel zabrał mnie na zakupy do marketu i przeprowadzka do mieszkanka (żebym miała trochę intymności i spokoju podczas fiesty, więc na te 2 tygodnie mieszkam gdzie indziej). Bardzo mi się to mieszkanko widzi 😊kolorystycznie moje krakowskie. Uroczy właściciele- on emerytowany wzięty adwokat, ona też jakaś szycha. A! zakupiłam też spray na pająki, bo swojego spider kilera nie mogłam samolotem przewieźć 😊 zatem wszystko wypsikałam w nowym mieszkanku. I po wywietrzeniu spokojnie poszłam spać

Dowiedz się więcej »

30 sierpnia

Po dłuuugim śnie, kawka na tarasie. Stare drzewa, ogromne monstery, śpiewające ptaki. Bajkaaa. Logistyka kąpieli. Najpierw idę ze swoją rózową packą na pająki, sprawdzam zakamarki łazienki, sufit itp. Potem leję długo wodę prysznicową, bo gdyby tam się czaił pająk- to się utopi, a jak wąż, to może już się uaktywni… Po tych przygotowaniach kąpiel, czujna! Najgorsze mycie głowy, bo trzeba zamknąć oczy, no i cos można przegapić. Straszny mają tu ubaw z mojej pająkowej fobii. Dla nich pająk to codzienny towarzysz życia. Jedna babka zobaczyła moją packę i mówi, ze wygodniej wynosić pająki w pudełeczku, bo z tego spadnie. Na to inna: Ona nie chce ich na tym wynosić, tylko zabijać, o tak: pac pac (demonstracja nastąpiła). Śmiech ogólny, zaskoczenie, zdziwienie- po co zabijać pająka??? Na razie nie spotkałam, mówią, że teraz to one śpią, potem będzie im za gorąco, prawdziwy wysyp zacznie się w kwietniu (jesień). I nie chodzi o małe pajączki, ale tarantule… W domu??? – pytam. Nie , nie, tylko na ulicach (kłamczuszki, czuję to). Ale dodają, że do kwietnia to już będę prawdziwą Argentynką i będę wynosić tarantule w pudełeczkach… Węży nie ma. Pociecha jakaś zawsze. 

Dowiedz się więcej »

Pierwsze kroki

29 sierpnia 2026 roku. Stawiam pierwsze kroki w Argentynie. Buenos Aires to niby miasto, które nigdy nie śpi, ale lotnisko spowija jeszcze dosyć senna atmosfera o 5.50 (w Polsce już 10.50). Pierwsze drobne nerwy przy kontroli paszportowej, ale przesympatyczny pan tylko spisał dane, pobrał odcisk palca, zapytał, gdzie będę mieszkać (spisał dokładny adres) i z uśmiechem życzył miłego pobytu w Argentynie. Potem większy nerwik, kiedy czekasz na swoje walizy i widzisz, że została już niemal tylko załoga samolotu i ty… a walizki nie jadą. No nie przerzucili w Amsterdamie! Albo gdzie indziej przerzucili! O czym już zdążyłam poinformować część znajomych 😉 w końcu jadą. Spacerek z walizkami, kontrola bagażu. Tu znowu myślenica, czy zupki instant (barszcz), o które prosili zapraszający to już towarek do zgłoszenia, czy jeszcze nie. Albo śliwki nałęczowskie i pierniki toruńskie i krówki…. Zanim się namyśliłam sympatyczna pani już podchodzi i walizeczki jadą. W plecaczku cała reklamówka lekarstw. Od razu mówię, że mam zaświadczenie. Nikt go nawet nie chce oglądać, tylko pytanie, jaka choroba. Odpowiadam, pytają, czy dobrze się czuję. Tak. No to „Benvenida Argentina!”. Potem taksóweczka na drugie lotnisko (50 minut podróży), cudowny emerytowany taksiarz włoskiego pochodzenia poopowiadał o Buenos, pokazał, gdzie są ciekawe miejsca (i restauracje, wyczuł mnie 😉) Piękny widok wschodzącego słońca w Buenos, wynurzało się z mgły, naprawdę cuuuudo. Na drugie lotnisko dotarłam już w pełnym słońcu, niebieskim niebie. Do tego latające papugi. Woow!! Choć czujnie obserwowałam, czy jakiś pająk albo wąż się nie czai 😉Strasznie dużo czasu spędziłam na tym lotnisku, bo trzykrotnie przesuwali lot do Posadas. Dzięki temu weszłam już w rytm argentyński, zero stresu, spokój, czekanie . Pogawędki (o dziwo hiszpański szybko „pyknął”), pierwsza empanada (mniam), kawka (a nawet 2), wymiana dolarów (części, choć kurs był dobry), no i akcja walizka (cd historii z Balic), dokupiłam w końcu drugą. Bez problemu, pani mnie pokierowała, gdzie trzeba. Zresztą ma polskie korzenie (ale po polsku oczywiście nie mówi). W końcu samolot do Posadas i ok. 17 czasu argentyńskiego (polskiego 22), czyli po 29 godzinach podróży spotkałam mojego nowego szefa Gabriela i Sergia, którzy przyjechali na lotnisko. Już tylko niecałe 2 godzinki samochodem i jestem w Obera 😊

Dowiedz się więcej »

3 września

O 14. 30 zaczyna się wielka Fiesta, najpierw pochód wszystkich nacji, które stworzyły Obera. Pochód w strojach ludowych. Potem prezentacje tradycyjnych tańców, no i oczywiście jedzenie, świętowanie. Gabriel pojechał na lotnisko do Posadas po ambasadora RP. Też mu będę prezentowana. Na szkoleniu ORPEG, szefowa protokółu dyplomatycznego uczyła nas, jak powinny być flagi, godła itp. rozmieszczone w przypadku oficjalnych wizyt państwowych. Widzę, że dokładnie odwrotnie je postawili, ale nie będę interweniować 😊bez przesady, na razie jestem tu gościem.

Dowiedz się więcej »

2 września

Początkowo praktycznie nic się nie działo. Słońce piękne, dużo cieplej. Ale chyba puszczają emocje i jakaś lekka choroba mnie łapie, ból gardła, głowy. Więc drzemka w mieszkaniu. Zakupiłam medicamentos i wracam spać. Potem jeszcze spotkanie online z grupą polonijną w Apostoles (to mała miejscowość, do której co 2 tygodnie będę jeździć, by nauczać polskiego). Zupełnie inna grupa niż „moja”. Zresztą o polonijnych awanturkach i relacjach między stowarzyszeniami jeszcze napiszę 😊 „Trans- Atlantyk” i Gombrowicz: Baron, Pyckal i Ciumkała nadal królują 😊Nie poszłam do Domu Polskiego, choć Gabriel miał tam gotować polską zupę, podał polską nazwę, ale nie jestem pewna, co to…. Chyba właśnie kwaśnica, bo brzmiało jak „wasenica” … napisałam, że czuję się trochę źle i muszę wydobrzeć przed jutrzejszym świętem. Zaraz pytania, czy czegoś potrzebuję, itp. 2 godziny później już byli tu właściciele mieszkania, bo słyszeli, że jestem chora…. Kochani, a mnie tylko głowa i gardło bolało. Potem kolejna przygoda. Raptem zgasło wszędzie światło, piszę do właścicielki, wysyłam fotkę liczników (korki w porządku). Ona odpisuje, żebym się nie martwiła, w tym kraju to normalne, że na godzinkę, 2 wyłączają prąd… Rzeczywiście po godzinie wrócił.

Dowiedz się więcej »

1 września

Pogoda nadal nie rozpieszcza. Chmurki i ok. 20 stopni (no ale dobra, to w końcu jest zima…). W Polsce dreptałabym na rozpoczęcie roku, a tutaj niespieszne wstawanie, kawka, lekcja hiszpańskiego. Wypad na zakupy (zanim zamkną)- suszarka do włosów i jakieś tam higieniczne artykuły no i produkty do sprzątania. To też temat na potem (bo na razie się zachwycamy), ale pojęcie czystości w Argentynie jest delikatnie mówiąc „inne”. To mieszkanko było „wysprzątane” na moje przybycie… ale pewne „poprawki” poczyniłam. Wyprawa na szoping to też sprawa czasochłonna, w każdym sklepiku trzeba pogadać, w supermarkecie w kolejce też się nie stoi jak kołek. Więc hiszpański naprawdę doszlifuję  (do certyfikatu 😉). Wieczorem wyprawa do Domu Polskiego, szykowanie dekoracji itp. Na fiestę. Nie ma to jak 1 września wywiesić polskie flagi niemieckim sąsiadom pod oknami 😊 Przyzwyczaić się też muszę do tego, że umawiamy się na jakąś godzinę, wszyscy się schodzą przez 2… zanim zacznie się robota- pogaduchy… dla mnie „zadaniowca” to na razie trudne…Potem zebranie Zarządu, też jestem proszona. Ustalają, co i jak, podział zadań na fiestę. Kiedy mówią bezpośrednio do mnie, wolno i wyraźnie, rozumiem, odpowiadam, kiedy między sobą , jeszcze niestety nic (no prawie nic). Zadanie dla profy: rozmawiać z ludźmi na fieście i zapraszać ich tutaj do Domu Polskiego. No i jeszcze tłumaczyłam nazwy potraw, sprawdzałam, czy dobrze zapisali (pierogi z mięsem, pierogi ruskie, bigos, kwaśnica itd.). No i ciągłe picie mate… wiecie, że tu nawet czajniki mają opcję gotowania wody na kawę i na mate- 2 przyciski… Próbowałam mate 2 razy (odmiana słodsza, nawet niezła), tylko… z tego jednego naczynia popija kilka osób… chyba jeszcze nie jestem gotowa dzielić z kimś metalową rurkę 😊 a nawet jak kupię własny sprzęt, trzeba będzie częstować innych. Więc na razie: mate nie piję.

Dowiedz się więcej »

31 sierpnia

No cóż byłam w raju, teraz potop… Od rana leje… Burza i ulewa mnie obudziły, potem już tylko było gorzej. Ale od razu piszą, dzwonią, żebym się nie bała (jakoś specjalnie się nie bałam, filmiki kręciłam). Przyjechały służby (a ze strażakami już niejedną przyjemność miałam, więc i tutaj było nieźle), członkowie wspólnoty no i walka z wodą się zaczęła. Tzn trwa do teraz, bo ma lać cały dzień…ja dostałam areał sanitariatów, z dachu ciekło. Po opanowaniu wody, dzielenie się refleksjami na ten temat, pokazywanie wiadomości, filmików, gdzie jakie zniszczenia i radość, że u nas w sumie niewielkie. W tym gadaniu są naprawdę boscy. Jak w końcu przestało lać, tylko „kropiło” , udałam się coś zjeść. No i to był błąd. Tu się nie wychodzi o 13. 30 jeść… wszystko pozamykane (jadłodajnie też), chodzę, chodzę o głodzie i chłodzie i wreszcie weszłam do jakiejś hotelowej restauracji, o dziwo jeszcze otwarta. Pojadłam (znowu asados i solidna copa de vino)  i w drogę powrotną. O samym mieście jeszcze popiszę później, na razie jesteśmy w fazie zachwytu 😊 Wieczorem Gabriel zabrał mnie na zakupy do marketu i przeprowadzka do mieszkanka (żebym miała trochę intymności i spokoju podczas fiesty, więc na te 2 tygodnie mieszkam gdzie indziej). Bardzo mi się to mieszkanko widzi 😊kolorystycznie moje krakowskie. Uroczy właściciele- on emerytowany wzięty adwokat, ona też jakaś szycha. A! zakupiłam też spray na pająki, bo swojego spider kilera nie mogłam samolotem przewieźć 😊 zatem wszystko wypsikałam w nowym mieszkanku. I po wywietrzeniu spokojnie poszłam spać

Dowiedz się więcej »

30 sierpnia

Po dłuuugim śnie, kawka na tarasie. Stare drzewa, ogromne monstery, śpiewające ptaki. Bajkaaa. Logistyka kąpieli. Najpierw idę ze swoją rózową packą na pająki, sprawdzam zakamarki łazienki, sufit itp. Potem leję długo wodę prysznicową, bo gdyby tam się czaił pająk- to się utopi, a jak wąż, to może już się uaktywni… Po tych przygotowaniach kąpiel, czujna! Najgorsze mycie głowy, bo trzeba zamknąć oczy, no i cos można przegapić. Straszny mają tu ubaw z mojej pająkowej fobii. Dla nich pająk to codzienny towarzysz życia. Jedna babka zobaczyła moją packę i mówi, ze wygodniej wynosić pająki w pudełeczku, bo z tego spadnie. Na to inna: Ona nie chce ich na tym wynosić, tylko zabijać, o tak: pac pac (demonstracja nastąpiła). Śmiech ogólny, zaskoczenie, zdziwienie- po co zabijać pająka??? Na razie nie spotkałam, mówią, że teraz to one śpią, potem będzie im za gorąco, prawdziwy wysyp zacznie się w kwietniu (jesień). I nie chodzi o małe pajączki, ale tarantule… W domu??? – pytam. Nie , nie, tylko na ulicach (kłamczuszki, czuję to). Ale dodają, że do kwietnia to już będę prawdziwą Argentynką i będę wynosić tarantule w pudełeczkach… Węży nie ma. Pociecha jakaś zawsze. 

Dowiedz się więcej »

Pierwsze kroki

29 sierpnia 2026 roku. Stawiam pierwsze kroki w Argentynie. Buenos Aires to niby miasto, które nigdy nie śpi, ale lotnisko spowija jeszcze dosyć senna atmosfera o 5.50 (w Polsce już 10.50). Pierwsze drobne nerwy przy kontroli paszportowej, ale przesympatyczny pan tylko spisał dane, pobrał odcisk palca, zapytał, gdzie będę mieszkać (spisał dokładny adres) i z uśmiechem życzył miłego pobytu w Argentynie. Potem większy nerwik, kiedy czekasz na swoje walizy i widzisz, że została już niemal tylko załoga samolotu i ty… a walizki nie jadą. No nie przerzucili w Amsterdamie! Albo gdzie indziej przerzucili! O czym już zdążyłam poinformować część znajomych 😉 w końcu jadą. Spacerek z walizkami, kontrola bagażu. Tu znowu myślenica, czy zupki instant (barszcz), o które prosili zapraszający to już towarek do zgłoszenia, czy jeszcze nie. Albo śliwki nałęczowskie i pierniki toruńskie i krówki…. Zanim się namyśliłam sympatyczna pani już podchodzi i walizeczki jadą. W plecaczku cała reklamówka lekarstw. Od razu mówię, że mam zaświadczenie. Nikt go nawet nie chce oglądać, tylko pytanie, jaka choroba. Odpowiadam, pytają, czy dobrze się czuję. Tak. No to „Benvenida Argentina!”. Potem taksóweczka na drugie lotnisko (50 minut podróży), cudowny emerytowany taksiarz włoskiego pochodzenia poopowiadał o Buenos, pokazał, gdzie są ciekawe miejsca (i restauracje, wyczuł mnie 😉) Piękny widok wschodzącego słońca w Buenos, wynurzało się z mgły, naprawdę cuuuudo. Na drugie lotnisko dotarłam już w pełnym słońcu, niebieskim niebie. Do tego latające papugi. Woow!! Choć czujnie obserwowałam, czy jakiś pająk albo wąż się nie czai 😉Strasznie dużo czasu spędziłam na tym lotnisku, bo trzykrotnie przesuwali lot do Posadas. Dzięki temu weszłam już w rytm argentyński, zero stresu, spokój, czekanie . Pogawędki (o dziwo hiszpański szybko „pyknął”), pierwsza empanada (mniam), kawka (a nawet 2), wymiana dolarów (części, choć kurs był dobry), no i akcja walizka (cd historii z Balic), dokupiłam w końcu drugą. Bez problemu, pani mnie pokierowała, gdzie trzeba. Zresztą ma polskie korzenie (ale po polsku oczywiście nie mówi). W końcu samolot do Posadas i ok. 17 czasu argentyńskiego (polskiego 22), czyli po 29 godzinach podróży spotkałam mojego nowego szefa Gabriela i Sergia, którzy przyjechali na lotnisko. Już tylko niecałe 2 godzinki samochodem i jestem w Obera 😊

Dowiedz się więcej »

3 września

O 14. 30 zaczyna się wielka Fiesta, najpierw pochód wszystkich nacji, które stworzyły Obera. Pochód w strojach ludowych. Potem prezentacje tradycyjnych tańców, no i oczywiście jedzenie, świętowanie. Gabriel pojechał na lotnisko do Posadas po ambasadora RP. Też mu będę prezentowana. Na szkoleniu ORPEG, szefowa protokółu dyplomatycznego uczyła nas, jak powinny być flagi, godła itp. rozmieszczone w przypadku oficjalnych wizyt państwowych. Widzę, że dokładnie odwrotnie je postawili, ale nie będę interweniować 😊bez przesady, na razie jestem tu gościem.

Dowiedz się więcej »

2 września

Początkowo praktycznie nic się nie działo. Słońce piękne, dużo cieplej. Ale chyba puszczają emocje i jakaś lekka choroba mnie łapie, ból gardła, głowy. Więc drzemka w mieszkaniu. Zakupiłam medicamentos i wracam spać. Potem jeszcze spotkanie online z grupą polonijną w Apostoles (to mała miejscowość, do której co 2 tygodnie będę jeździć, by nauczać polskiego). Zupełnie inna grupa niż „moja”. Zresztą o polonijnych awanturkach i relacjach między stowarzyszeniami jeszcze napiszę 😊 „Trans- Atlantyk” i Gombrowicz: Baron, Pyckal i Ciumkała nadal królują 😊Nie poszłam do Domu Polskiego, choć Gabriel miał tam gotować polską zupę, podał polską nazwę, ale nie jestem pewna, co to…. Chyba właśnie kwaśnica, bo brzmiało jak „wasenica” … napisałam, że czuję się trochę źle i muszę wydobrzeć przed jutrzejszym świętem. Zaraz pytania, czy czegoś potrzebuję, itp. 2 godziny później już byli tu właściciele mieszkania, bo słyszeli, że jestem chora…. Kochani, a mnie tylko głowa i gardło bolało. Potem kolejna przygoda. Raptem zgasło wszędzie światło, piszę do właścicielki, wysyłam fotkę liczników (korki w porządku). Ona odpisuje, żebym się nie martwiła, w tym kraju to normalne, że na godzinkę, 2 wyłączają prąd… Rzeczywiście po godzinie wrócił.

Dowiedz się więcej »

1 września

Pogoda nadal nie rozpieszcza. Chmurki i ok. 20 stopni (no ale dobra, to w końcu jest zima…). W Polsce dreptałabym na rozpoczęcie roku, a tutaj niespieszne wstawanie, kawka, lekcja hiszpańskiego. Wypad na zakupy (zanim zamkną)- suszarka do włosów i jakieś tam higieniczne artykuły no i produkty do sprzątania. To też temat na potem (bo na razie się zachwycamy), ale pojęcie czystości w Argentynie jest delikatnie mówiąc „inne”. To mieszkanko było „wysprzątane” na moje przybycie… ale pewne „poprawki” poczyniłam. Wyprawa na szoping to też sprawa czasochłonna, w każdym sklepiku trzeba pogadać, w supermarkecie w kolejce też się nie stoi jak kołek. Więc hiszpański naprawdę doszlifuję  (do certyfikatu 😉). Wieczorem wyprawa do Domu Polskiego, szykowanie dekoracji itp. Na fiestę. Nie ma to jak 1 września wywiesić polskie flagi niemieckim sąsiadom pod oknami 😊 Przyzwyczaić się też muszę do tego, że umawiamy się na jakąś godzinę, wszyscy się schodzą przez 2… zanim zacznie się robota- pogaduchy… dla mnie „zadaniowca” to na razie trudne…Potem zebranie Zarządu, też jestem proszona. Ustalają, co i jak, podział zadań na fiestę. Kiedy mówią bezpośrednio do mnie, wolno i wyraźnie, rozumiem, odpowiadam, kiedy między sobą , jeszcze niestety nic (no prawie nic). Zadanie dla profy: rozmawiać z ludźmi na fieście i zapraszać ich tutaj do Domu Polskiego. No i jeszcze tłumaczyłam nazwy potraw, sprawdzałam, czy dobrze zapisali (pierogi z mięsem, pierogi ruskie, bigos, kwaśnica itd.). No i ciągłe picie mate… wiecie, że tu nawet czajniki mają opcję gotowania wody na kawę i na mate- 2 przyciski… Próbowałam mate 2 razy (odmiana słodsza, nawet niezła), tylko… z tego jednego naczynia popija kilka osób… chyba jeszcze nie jestem gotowa dzielić z kimś metalową rurkę 😊 a nawet jak kupię własny sprzęt, trzeba będzie częstować innych. Więc na razie: mate nie piję.

Dowiedz się więcej »

31 sierpnia

No cóż byłam w raju, teraz potop… Od rana leje… Burza i ulewa mnie obudziły, potem już tylko było gorzej. Ale od razu piszą, dzwonią, żebym się nie bała (jakoś specjalnie się nie bałam, filmiki kręciłam). Przyjechały służby (a ze strażakami już niejedną przyjemność miałam, więc i tutaj było nieźle), członkowie wspólnoty no i walka z wodą się zaczęła. Tzn trwa do teraz, bo ma lać cały dzień…ja dostałam areał sanitariatów, z dachu ciekło. Po opanowaniu wody, dzielenie się refleksjami na ten temat, pokazywanie wiadomości, filmików, gdzie jakie zniszczenia i radość, że u nas w sumie niewielkie. W tym gadaniu są naprawdę boscy. Jak w końcu przestało lać, tylko „kropiło” , udałam się coś zjeść. No i to był błąd. Tu się nie wychodzi o 13. 30 jeść… wszystko pozamykane (jadłodajnie też), chodzę, chodzę o głodzie i chłodzie i wreszcie weszłam do jakiejś hotelowej restauracji, o dziwo jeszcze otwarta. Pojadłam (znowu asados i solidna copa de vino)  i w drogę powrotną. O samym mieście jeszcze popiszę później, na razie jesteśmy w fazie zachwytu 😊 Wieczorem Gabriel zabrał mnie na zakupy do marketu i przeprowadzka do mieszkanka (żebym miała trochę intymności i spokoju podczas fiesty, więc na te 2 tygodnie mieszkam gdzie indziej). Bardzo mi się to mieszkanko widzi 😊kolorystycznie moje krakowskie. Uroczy właściciele- on emerytowany wzięty adwokat, ona też jakaś szycha. A! zakupiłam też spray na pająki, bo swojego spider kilera nie mogłam samolotem przewieźć 😊 zatem wszystko wypsikałam w nowym mieszkanku. I po wywietrzeniu spokojnie poszłam spać

Dowiedz się więcej »

30 sierpnia

Po dłuuugim śnie, kawka na tarasie. Stare drzewa, ogromne monstery, śpiewające ptaki. Bajkaaa. Logistyka kąpieli. Najpierw idę ze swoją rózową packą na pająki, sprawdzam zakamarki łazienki, sufit itp. Potem leję długo wodę prysznicową, bo gdyby tam się czaił pająk- to się utopi, a jak wąż, to może już się uaktywni… Po tych przygotowaniach kąpiel, czujna! Najgorsze mycie głowy, bo trzeba zamknąć oczy, no i cos można przegapić. Straszny mają tu ubaw z mojej pająkowej fobii. Dla nich pająk to codzienny towarzysz życia. Jedna babka zobaczyła moją packę i mówi, ze wygodniej wynosić pająki w pudełeczku, bo z tego spadnie. Na to inna: Ona nie chce ich na tym wynosić, tylko zabijać, o tak: pac pac (demonstracja nastąpiła). Śmiech ogólny, zaskoczenie, zdziwienie- po co zabijać pająka??? Na razie nie spotkałam, mówią, że teraz to one śpią, potem będzie im za gorąco, prawdziwy wysyp zacznie się w kwietniu (jesień). I nie chodzi o małe pajączki, ale tarantule… W domu??? – pytam. Nie , nie, tylko na ulicach (kłamczuszki, czuję to). Ale dodają, że do kwietnia to już będę prawdziwą Argentynką i będę wynosić tarantule w pudełeczkach… Węży nie ma. Pociecha jakaś zawsze. 

Dowiedz się więcej »

Pierwsze kroki

29 sierpnia 2026 roku. Stawiam pierwsze kroki w Argentynie. Buenos Aires to niby miasto, które nigdy nie śpi, ale lotnisko spowija jeszcze dosyć senna atmosfera o 5.50 (w Polsce już 10.50). Pierwsze drobne nerwy przy kontroli paszportowej, ale przesympatyczny pan tylko spisał dane, pobrał odcisk palca, zapytał, gdzie będę mieszkać (spisał dokładny adres) i z uśmiechem życzył miłego pobytu w Argentynie. Potem większy nerwik, kiedy czekasz na swoje walizy i widzisz, że została już niemal tylko załoga samolotu i ty… a walizki nie jadą. No nie przerzucili w Amsterdamie! Albo gdzie indziej przerzucili! O czym już zdążyłam poinformować część znajomych 😉 w końcu jadą. Spacerek z walizkami, kontrola bagażu. Tu znowu myślenica, czy zupki instant (barszcz), o które prosili zapraszający to już towarek do zgłoszenia, czy jeszcze nie. Albo śliwki nałęczowskie i pierniki toruńskie i krówki…. Zanim się namyśliłam sympatyczna pani już podchodzi i walizeczki jadą. W plecaczku cała reklamówka lekarstw. Od razu mówię, że mam zaświadczenie. Nikt go nawet nie chce oglądać, tylko pytanie, jaka choroba. Odpowiadam, pytają, czy dobrze się czuję. Tak. No to „Benvenida Argentina!”. Potem taksóweczka na drugie lotnisko (50 minut podróży), cudowny emerytowany taksiarz włoskiego pochodzenia poopowiadał o Buenos, pokazał, gdzie są ciekawe miejsca (i restauracje, wyczuł mnie 😉) Piękny widok wschodzącego słońca w Buenos, wynurzało się z mgły, naprawdę cuuuudo. Na drugie lotnisko dotarłam już w pełnym słońcu, niebieskim niebie. Do tego latające papugi. Woow!! Choć czujnie obserwowałam, czy jakiś pająk albo wąż się nie czai 😉Strasznie dużo czasu spędziłam na tym lotnisku, bo trzykrotnie przesuwali lot do Posadas. Dzięki temu weszłam już w rytm argentyński, zero stresu, spokój, czekanie . Pogawędki (o dziwo hiszpański szybko „pyknął”), pierwsza empanada (mniam), kawka (a nawet 2), wymiana dolarów (części, choć kurs był dobry), no i akcja walizka (cd historii z Balic), dokupiłam w końcu drugą. Bez problemu, pani mnie pokierowała, gdzie trzeba. Zresztą ma polskie korzenie (ale po polsku oczywiście nie mówi). W końcu samolot do Posadas i ok. 17 czasu argentyńskiego (polskiego 22), czyli po 29 godzinach podróży spotkałam mojego nowego szefa Gabriela i Sergia, którzy przyjechali na lotnisko. Już tylko niecałe 2 godzinki samochodem i jestem w Obera 😊

Dowiedz się więcej »